Samochody elektryczne w Polsce

O samochodach elektrycznych mówi się dzisiaj naprawdę dużo. Wiecznie słyszymy o nich w mediach, oglądamy testy takich pojazdów w programach motoryzacyjnych, czasem widzimy je na różnych moto-targach. Problem jednak w tym, że o ile w Polsce dużo się o tym mówi, tak na drogach nie dzieje się praktycznie nic. Gdzie tkwi problem? Czy samochody elektryczne po prostu nam się nie podobają, jest ich za mało na rynku albo kosztują za dużo?

Niska popularność „elektryków w Polsce ma złożoną genezę”

Tak naprawdę jest wiele powodów, które prowadzą do tego, że w Polsce samochody elektryczne (nie mówimy tutaj o hybrydach) praktycznie nie istnieją. Tak, zacząć trzeba tutaj od cen, które dla przeciętnego Kowalskiego są absurdalne. Przeciętnej klasy, rodzinnego miniwana elektrycznego można kupić w cenie nawet 3-4 krotnie wyższej, niż dokładnie to samo auto, ale z silnikiem benzynowym czy też Diesla. O tym skąd takie niebotyczne ceny opowiemy trochę później. Warto tutaj jednak dodać, że lider produkcji aut elektrycznych, Tesla, ma już ceny tak absurdalne, że na samochody te mogą pozwolić sobie jedynie najbardziej majętni.

Na tym jednak nie koniec problemów. Wiele osób myśli, że elektryka można podłączyć sobie do gniazdka w domu i go naładować. To prawda, choć nie do końca. Jest to oczywiście możliwe, ale czas ładowania w takim przypadku jest tak długi, że można zapomnieć o podłączeniu auta do ładowarki na noc i cieszenia się rano pełną baterią. Infrastruktura do ładowania tych aut w Polsce w zasadzie nie istnieje. W paru miejscach znajdziemy specjalne punkty, ale przy niewielkim zasięgu tych aut trudno wyobrazić sobie komfortowe podróżowanie po kraju. U nas auta elektryczne póki co bardziej mają sens jako pojazdy miejskie.

To jednak wciąż nie koniec. Problemem jest dostępność aut elektrycznych na polskim rynku. Za wcześnie jest na to, aby kupować je z rynku wtórnego, ale z drugiej strony w salonach niewiele znajdziemy nowych modeli. To takie auta, jak:

  • BMW i3 oraz i3s w cenie powyżej 160 tysięcy złotych;
  • Hyundai Ioniq za około 150 tysięcy złotych;
  • absolutna nowość, Nissan Leaf kosztujący nawet prawie 170 tysięcy złotych;
  • Renault Zoe w cenie około 130 tysięcy złotych.

To w zasadzie jedynie 4 samochody, które jak widać kosztują tyle, że spokojnie można by kupić auto w klasie premium z silnikiem spalinowym, a tutaj dostajemy pojazdy raczej małe, z silnikiem elektrycznym, ale małym zasięgiem. Najczęściej musimy je kupować na mało przystępne kredyty. Naturalnie, aby być uczciwym, w Polsce można kupić elektryczne auto za około 50 tysięcy złotych. Brzmi ciekawie, prawda? Chodzi o Renault Twizzy, które niestety trudno uznać w ogóle za samochód. Temu pojazdowi bliżej do skutera na 4 kołach. Mamy auto dla jednej osoby, co prawda z dachem, drzwiami i szybami, ale o wygodzie, możliwości zabrania pasażerów czy bagażu można zapomnieć. Ponownie, gdyby ten pojazd był z klasycznym silnikiem, kosztowałby ułamek tej kwoty.

Skąd tak wysokie ceny aut elektrycznych?

Zapewne myślicie, że auta elektryczne są drogie bo to nowość na rynku, prawda? Cóż, czas wyprowadzić Was z tego błędu. Samochody te nie są żadną nowością. Mało kto wie o tym, że pierwsze elektryki powstawały na świecie już ponad 200 lat temu! Tak, ich historia jest bardzo długa.

Mało tego, w teorii wyprodukowanie tych samochodów jest wyjątkowo tanie. Elektryczne silniki nie posiadają skomplikowanych sprzęgieł, tworzonych z prawdziwą precyzją układów wtryskowych, skrzyń biegów, kół dwumasowych, systemów związanych z oczyszczaniem spalin i innych rzecz, które windują koszty produkcji. Auto powinno być więc bardzo tanie, ale nie jest. Gdzie tkwi problem? Niestety w akumulatorach.

Tak, wciąż ich produkcja jest niesamowicie kosztowna, a wszystko wskazuje na to, że będzie jeszcze gorzej. W tradycyjnych akumulatorach wykorzystuje się kobalt, którego złoża się kurczą i niestety cena w ostatnich latach wzrosła aż 4-krotnie. Nie lepiej jest z litem stosowanym w nowocześniejszych akumulatorach. Tutaj problemem jest zaborczość chińskiego rynku, który ewidentnie dąży do przejęcia kontroli na świecie nad produkcją tego surowca i w efekcie ceny również rosną.

Problem z zasięgiem samochodów elektrycznych

Bardzo wysokie ceny oraz słaba, póki co, dostępność punktów ich ładowania sprawiają, że w Polsce póki co zainteresowanie takimi autami jest wyjątkowo niskie. Wiele osób rezygnuje z ich zakupu również z tego powodu, że nadal ich zasięg jest bardzo mały. O ile przy niesamowicie spokojnej i wolnej jeździe można ujechać daleko, tak licząc na nieco dynamiki niestety trzeba liczyć się z tym, że bateria dość szybko przypomni o swoim istnieniu.

Nie ulega natomiast wątpliwości to, że auta te są wyjątkowo ekologiczne. Do tego, nie licząc absurdalnych cen akumulatorów, ich obsługa oraz koszty serwisowania są minimalne, z racji niewielkich ilości elementów mechanicznych.

Przyszłość samochodów elektrycznych w Polsce, ale i na całym świecie, jest tak naprawdę trudna do określenia. O wiele większą popularnością cieszą się jednak auta hybrydowe, które przy spokojnej jeździe miejskiej nie palą nic, a w razie potrzeby uruchamiają silnik spalinowy i dają kierowcy pełną swobodę. Często słyszy się o tym, że producenci w autach elektrycznych powinni jednak montować nawet niewielki silnik spalinowy, który będzie wykorzystywany wtedy, gdy energia zgromadzona w akumulatorach się skończy, dając możliwość dojazdu do domu bądź do najbliższego punktu ładowania.

Będzie więcej punktów ładowania aut elektrycznych

To co jest pewne to fakt, że wkrótce liczba punktów ładowania aut elektrycznych powinna się poważnie zwiększyć. Wszystko za sprawą pospiesznie przygotowanej i podpisanej przez Prezydenta ustawy, która zakłada zbudowanie około 6 tysięcy nowych punktów ładowania prądem oraz wielu nowych stacji CNG, paliwa uznanego za bardziej ekologiczne niż LPG. Co jednak ciekawe, ustawa ta nie wzięła się wcale z chęci rozpędzenia mody na „elektryki” w Polsce. Była przygotowana pospiesznie przez zwykłą opieszałość. Brak jej wprowadzenia w najbliższym czasie byłby niespójny z polityką całej Unii Europejskiej, skutkując wysokimi karami finansowymi.

Co jednak pokaże przyszłość? Sami jesteśmy ciekawi. Póki co pozostaje nam tylko obserwowanie tego rynku, gdyż jak na razie większość nie może sobie pozwolić na zakup tego auta bez zadłużania się na dziesięciolecia.